, Krzysztof
, Krzysztof

Góry Kaczawskie

Komentarze 11
2012-02-14

29.01
Na rynek uśpionego jeszcze Wlenia wjechałem, gdy noc ledwie zaczęła ustępować miejsca dniowi. Kwadrat kamieniczek, oświetlona choinka, ciepłe, przyciągające wzrok światło lamp ulicznych i pustka. Cofnąłem fotel by dokonać karkołomnej operacji założenia butów górskich i ochraniaczy, gdy zobaczyłem dwoje idących ludzi. Otworzyłem drzwi chcąc zapytać się przechodniów o kościół, a tym samym o początek mojej drogi, i w tej chwili mroźne powietrze uderzyło mnie taranem; przez głowę przeleciała myśl o powrocie do samochodu i jeździe do domu, ale byłem dzielny i myśl zignorowałem. Może pokazany mi widok kościelnej wieży z Górą Zamkową wznoszącą się w tle dodał mi animuszu? Możliwe.
Szedłem jak na szczudłach w zmrożonych butach w których ten cud-wynalazek, pianka dopasowująca się do stopy, była tak stwardniała z zimna, że długo trwało nim zmiękła i dopasowała się. Niestety, wieża wieńcząca okazałe ruiny zamku na szczycie góry była niedostępna z powodu remontu; w ten sposób pozbawiony zostałem panoramicznego widoku na Góry Kaczawskie i Karkonosze, ale został mi widok zimowego, czerwonego wśród bieli i czerni, wschodu słońca oglądanego ze szczytu, pomiędzy zmarzniętymi i nieruchomymi drzewami. Kiedyś wrócę tam i ze szczytu wiekowych murów zamku zobaczę Dal; wrócę, bo one wszystkie, te nie poznane z różnych powodów widoki, czekają na mnie, a ja na nich.
Zszedłem ku szosie mijając uroczy dworek, minąłem ostatnie domy nieznanej wsi i zobaczyłem jeden z tak wielu prawdziwie kaczawskich widoków: zbocze niewysokiej góry z czerniejącymi między drzewami skałami o zadziwiających formach, po drugiej stronie otwarta przestrzeń pól, a na stokach łagodnych wzgórz ciche kępy drzew. Szlak parokrotnie tego dnia prowadził mnie bocznymi dróżkami szerokości dwóch kroków, tymi dróżkami, których nawet na mapach trudno znaleźć, a które najbliżej są pól i lasów, ludzi i ich domów; dróżkami śmiało wrzynającymi się w zbocza gór, pnącymi się odważnie stromymi serpentynami, mijającymi ostrymi zakrętami czarne skały na szczycie i pędzącymi w dół, ku kolejnej wiosce, ku dwóm domkom ukrytym w fałdzie ziemi, wśród drzew.
Kapryśne to dróżki i nieprzewidywalne w swoim biegu, dróżki potrafiące zniknąć za kolejnym zakrętem, zamienić się w polną lub leśną drogę chowającą się między drzewami dwiema swoimi koleinami błyszczącymi lodem zamarzniętych kałuż. Szedłem prowadzony taką dróżką, czasami niemal zaglądając w okna domów stojących tuż przy niej, czasami rozglądając się wokół w poszukiwaniu ludzkich śladów na otwartej przestrzeni dzikich łąk zamkniętych czarną ścianą lasu.
Gdy wchodziłem między drzewa lasu - cichło. Zmieniały się odgłosy moich kroków, stając się mniej stukające, a bardziej wielobrzmiące szelestem liści, trzaskiem łamanych gałęzi, turkotem poruszonych kamieni, chrzęstem zmarzniętego śniegu.
Kolejny las, towarzysz szlaku, zostawił mnie samego na brzegu pól, a ścieżka zginęła pod dziewiczym śniegiem, zmarzniętym i chrzęszczącym. Szedłem prosto przed siebie, później wyciągałem mapę, czytałem ją, skręcałem nieco w prawo i dalej szedłem w zapadającym się, na szczęście płytkim, śniegu. Niskie słońce zapalało na nim miriady iskierek, ale nie przebijało mglistej opończy mroźnego dnia: szczyty wokół były ledwie niewyraźnym domysłem na tle nieba. Wielka połać pól wznosiła się łagodnie po zboczu pagóra odsłaniając najpierw odległe zbocze po drugiej stronie doliny, a później samotnie stojący dom. Zatrzymałem się zdumiony, a po głowie przelatywały mi dawne wspomnienia bez obrazów, właściwie nastroje, wrażenia, a może samo ciepło przywoływane widzianym obrazem: z komina domu wznosiła się niemal pionowa, jasna smuga dymu. Wokół zmrożony, czarno-biały świat zimowy, i ten dym – jak symbol domowego ciepła…
Napaliła w piecu i gotuje obiad, co raz wyglądając przez okno… Czy on też ma przyjść tymi polami? Myśliwy wracający z łowów; idzie dźwigając na karku łanię i cieszy się na myśl o swojej żonie i powrocie do niej. Może ona widzi mnie i myśli o nim, że zmarznięty będzie i zmęczony. Czy martwi się o niego?
Dom był nowy, bogaty, a przed nim stała terenowa Toyota. Szyby samochodu nie były zmarznięte, jakby niedawno nim jechano. Jej właściciel raczej nie przynosi żonie zdobyczy na ramionach…
Minąłem dom patrząc w okna, ale nie zobaczyłem jej.
Szlak wyprowadził mnie na szosę obsadzoną jaworami, między pofałdowane zbocza pagórów z kępami drzew otulających domy w dolince. Jak tamtego dnia w Walii, gdy jakąś boczną drogą przebijałem się ciężarówką – dalekie wspomnienie.
Zszedłem z drogi między opłotki ostatnich domów i już po chwili byłem w innym świecie, idąc dnem głębokiego wąwozu. Po obu stronach wznosiły się na 50 i 100 metrów strome, szaro-brunatne zbocza górskie najeżone skałami, poprzegradzane zwalonymi drzewami, ponure i dzikie. Pociemniało. Ciszę wyparł głośny szum szybkiego strumienia skaczącego po kamieniach.
Zszedłem na jego brzeg i zagapiłem się.
Źdźbła traw i badyli sterczały zamienione w grubaśne, mlecznobiałe stalagmity, sople przezroczystych niczym kryształ stalaktytów zwisały ze skał i gałęzi, a głazy wystające ponad wodę wystrojone były po królewsku połyskliwymi draperiami bulwiastych, fantastycznych narośli szklanych mieniących się diamentowo nawet tutaj, na dnie ciemnego wąwozu.
Wyszedłem z wąwozu widząc przed sobą szczyt Czyżyka, którego zbocze, jak później zobaczyłem, przebija tunel kolei – raczej rzadka u nas alpejska atrakcja. Wąską ścieżką z trudem szukającą miejsca dla siebie między stromymi zboczami górskimi a brzegiem Bobru, z konieczności sprawdzając po drodze nieprzemakalność moich butów na rozlanym szeroko strumieniu, doszedłem do Zapory Pilchowickiej, wiekowej już konstrukcji inżynierskiej, ale wciąż czyniącej wrażenie. Miejsce to pierwotnie wyznaczało jeden z punktów mojej dzisiejszej drogi, ale późna już pora, a nade wszystko obawa co do możliwości dotarcia – zgodnie z planem – autostopem lub autobusem do Wlenia, skróciły trasę: idąc wzdłuż jeziora utworzonego przez zaporę, dotarłem do szosy, gdzie nadspodziewanie szybko złapałem okazję. Mając niespodziewane dwie godziny czasu poszedłem kawałek za miasto żółtym szlakiem w kierunku wioski Tarczyn, skuszony informacją o pięknych i rozległych widokach ze szlaku. Gdy dróżka wspięła się na nagi grzbiet wzniesienia, uderzył we mnie przenikliwy i silny wiatr przeszywający głowę na wylot, jakbym nie miał naciągniętej na uszy czapki, ale reszta ubrania stawiła skuteczny opór mroźnej nawałnicy. Widoki… tyle widziałem, aby wyobrazić sobie ich uroki w przejrzystym powietrzu; dołączam w ten sposób tamto miejsce do mojej listy widoków czekających na mnie.
Za tydzień i za dwa nie pojadę, nie mogę, ale za trzy tygodnie wrócę tutaj. Wrócę, bo mimo iż uroda gór zimowych jest trudniejsza w odbiorze, to jednak gdy się ją dostrzeże, niechby tylko w tej niewielkiej poznanej części, trudno o niej zapomnieć.

, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof
, Krzysztof

Komentarze

Zostaw swój komentarz

Krzysztof
18 luty 2012 21:28

Tak naprawdę rozmawiamy o czymś tajemniczym i bardzo starym, Adasiu.
Jest w nas, mężczyznach, pewne oczekiwanie odziedziczone po odległych przodkach, które ujawnia się w takich chwilach, jak ta moja przed samotnym domem w Górach Kaczawskich: my powinniśmy przynosić swojej kobiecie zdobycz, a ona, oczekując na nas przy domowym ognisku, przygotuje z tego posiłek dla nas, dla siebie i wspólnych dzieci. Tak było przez tysiąclecia i tak jest nadal, mimo iż już nie sandacza ani nie łanię niesioną na grzbiecie przynosimy do domu, a pieniądze. W istocie nie jest to zmiana zasadnicza. Nadal, jak wtedy, źle znosimy sytuację, w której nie potrafimy zapewnić zdobyczy dla swojej kobiety, a nawet taką, w której jej zdobycz (zarobki) są większe od naszych. Tajemniczość w trwaniu tego w nas, jakbyśmy obraz swojej kobiety przy ognisku wyssali z mlekiem matki albo mieli zapisany w genach.
Zapis, jakikolwiek by on nie był, pierwotnie stanowiąc swoistą umowę wzajemnego świadczenia usług i pomoc w wychowaniu potomstwa, przez te tysiąclecia wzniesiony został na wyżyny etyki, moralności i uczucia; nasyciliśmy go swoimi tęsknotami i oczekiwaniami ciepła, które one, kobiety, potrafią wydobyć z siebie i obdarzyć nas nawet w zimie i w ilościach właściwie nieograniczonych.
I ten fakt jest jeszcze bardziej tajemniczy.
Marcel Proust powiedział, że każde wrażenie ma dwa korzenie: jeden zaczepiony jest o chwilę bieżącą, drugi sięga głęboko w naszą przeszłość – i dokładnie tak było przed domem z dymiącym kominem: stałem tam ja, jednodniowy wędrowiec z kartą bankomatową w kieszeni, ale jakby  stał tam też myśliwy, mój odległy przodek niosący swojej kobiecie zdobycz na ramionach. Oczywiście, że tak naprawdę dziwne i ciepłe odczucia tamtej chwili były tylko moje, ale w pewien sposób tkwiące korzeniami w dalekiej przeszłości.
Może trochę truję, ale ostatnio tego rodzaju powiązania chodzą mi po głowie🙂
A poza tym zaraz będę pakować plecak. Jutro jadę w góry🙂
Swoje islandy sprzedaję, niestety. Są odrobinę za małe😢
Mówiłem moim stopom, że nieprawda, że są dobre, ale one się uparły i już.
 

Adam Prończuk
16 luty 2012 22:07

Drogie Panie - z  rybami i syrenkami róznie bywa🙂 .Niedawno przestałem jeździć na ryby ze względu na brak czasu. Wolę włóczenie się po Beskidzie niż wielogodzinne siedzenie na stołeczku i gapienie się w spławik. Poza tym - Co z takiego mylsiwego, co przywozi małą rybkę po dwóch dniach zasiadki. A tu trawnik zaniedbany, spalona żarówka, noże tępe, drzwi skrzypią czy cieknący kran🙂

Krzyś - przez żołądek do serca - na mnie tak mocno nie działa - choć uwielbiam żonki specjały.  Ale krzątanina, oczekiwanie w oknie, usmiech na powitanie - przyciaga niezmiennie.  Z wiekiem nawet jednodniowa delegacja to zbyt długa rozłąka. 

Krzysztof
16 luty 2012 20:38

Dziękuję wam za słowa i za obecność.
Jak czytam, największą uwagę zwróciliście na moje fantazje o pani samotnego domu🙂, co potwierdza fakt dostrzeżony przeze mnie i w pełni zrozumiały dopiero całkiem niedawno: to, co najważniejsze dla człowieka, dzieje się w nim samym, w jego duchowej sferze. Fakty zewnętrzne mogą być dokuczliwsze, by nie powiedzieć dosadniej upierdliwe, zajmujące nam mnóstwo czasu i dostarczające kupę zmartwień, ale naprawdę ważne, bo stanowiące o bogactwie i jakości naszego życia, są fakty duchowe.
Pamiętam pierwszy mój wyjazd w Sudety, z przed dwóch lat, poszedłem wtedy na Chełmiec w Górach Wałbrzyskich, bo ta góra była i jest mi w swoisty sposób bliska, a to przez wymyśloną przeze mnie historię, fantazje, pomieszanie świata literatury i fikcji z moimi marzeniami. Podobnie i tutaj: ta chwila gdy stanąłem na grzbiecie pagóra i spojrzałem na tamten dom, okazała się dla Was urokliwa, a dla mnie może być najbardziej pamiętaną z tej wycieczki. Chwila, której cała właściwie wartość (widokowa czy estetyczna) tkwi w nas, nie w oglądanym krajobrazie, bo ten był najzwyklejszy.
Bo też dla mężczyzny myśl o czekającej na niego kobiecie, widok, a niechby tylko wyobrażenie jej krzątającej się przy obiedzie dla niego, uśmiech, z jakim powita go, jej palce muskające jego włosy w pieszczotliwym geście, to wszystko zawiera w sobie wielki ładunek ciepła, jest niemal synonimem udanego małżeństwa, wyrazem miłości do niej i naszych męskich potrzeb. Bo… jak to mówią?: przez żołądek do serca mężczyzny?🙂 Jest w tym powiedzeniu pewne uproszczenie, ale przecież zawiera ono wcale nie małe jądro prawdy. Czyż nie tak, Adamie?
 

mokunka
16 luty 2012 12:38

[cytuj autor=' toja1358'] Adasiu, nie martw się! Wybaczam Ci tę toyotę - złowiony sandacz to jest coś🙂)) Ja mam gorzej - mieszkanie w bloku, centralne ogrzewanie i mój mężczyzna własnoręcznie złowionych sandaczy  mi nie przynosi 😢 ba, nawet zwykłej szprotki czy flądry też nie. Jeżeli już coś upoluje to łososia lub dorsza w centrali rybnej 🙂))   [/cytuj]

 

 Adasiu, mój mąż też ryb nie łowi, hihihi i mam nadzieje, że żadnych ...Syrenek też nie(?!) ;to oczywiście taki poWalentynkowy żarcik .pozdrawiam🙂

Adam Prończuk
16 luty 2012 09:28

No to odetchnąłem Toja!🙂

toja1358
16 luty 2012 09:24

Adasiu, nie martw się! Wybaczam Ci tę toyotę - złowiony sandacz to jest coś🙂)) Ja mam gorzej - mieszkanie w bloku, centralne ogrzewanie i mój mężczyzna własnoręcznie złowionych sandaczy  mi nie przynosi 😢 ba, nawet zwykłej szprotki czy flądry też nie. Jeżeli już coś upoluje to łososia lub dorsza w centrali rybnej 🙂))

 

Adam Prończuk
16 luty 2012 08:17

Dobrze Krzyś, że znajdujesz czas na PSZ. Nie mam czasu na dobrą ksiązkę, tylko podręczniki i podręczniki. Wrazliwość karmię  Twoimi opisami.

P.S. Niestety mam dom z kominem i małą terenową Toyotę😢. Dla poprawienia samopoczucia przypomniałem sobie , że    przynosilem co pewien czas  upolowanego sandacza.

Danuta
15 luty 2012 14:55

[cytuj autor=' mokunka'] Tak, Krzysiu, to co napisali przedmówcy Toja i Romek, swietnie opisane! Fajnie , ze dużo zwiedzasz i dzieki Tobie, to później możemy przeczytać. pozdrawiam cieputko 🙂)) [/cytuj]

... i cóż dodać? piękna relacja - daję 5 ! Pozdrawiam :-)

mokunka
15 luty 2012 14:41

Tak, Krzysiu, to co napisali przedmówcy Toja i Romek, swietnie opisane! Fajnie , ze dużo zwiedzasz i dzieki Tobie, to później możemy przeczytać. pozdrawiam cieputko 🙂))

Roman Świątkowski
15 luty 2012 10:28

[cytuj autor=' toja1358'] Krzysztofie, Twoje relacje czyta się jak książkę. Masz niesamowity dar pisania. Wychodzi z Ciebie ciepły romantyk, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Z wielką łatwością przychodzi mi wyobrażanie sobie tego co opisujesz, jakbym tam była.  [/cytuj]

Zgadzam się z Toją to co napisła ja osobiście nie potrafię tak relacji z wyprawy fajnie i super opisać jak Ty Krzysiu ,a nawet powiem to tak : TYLE PISANIA komu by się chciało, a jednak są tacu Krajtroterzy ,że im się chce i ten opis jest tego dowodem.

Pozdrowionko

toja1358
15 luty 2012 08:58

Krzysztofie, Twoje relacje czyta się jak książkę. Masz niesamowity dar pisania. Wychodzi z Ciebie ciepły romantyk, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Z wielką łatwością przychodzi mi wyobrażanie sobie tego co opisujesz, jakbym tam była. A najbardziej przemawia do mnie ta chata z rozpalonym piecem,  czekająca kobieta, jej troska o swojego mężczyznę... Ech, i ta wszystko psująca toyota...

Pozdrawiam i czekam na dalsze rozdziały 🙂

 

Wycieczka na mapie

Zwiedzone atrakcje

Góra Zamkowa

Dziki Wąwóz

Zapora Pilchowicka

Tarczyn

Znajdziesz nas na:
PolskieSzlaki.pl - polskie atrakcje - popularny portal turystyczny tworzony od 2005 roku przez aktywną rodzinkę złożoną dziś z mamy, taty i trzech córek. Sercem Polskich Szlaków jest blog z ciekawymi wpisami i fotorelacjami z wypraw oraz opisy atrakcji turystycznych w Polsce z pięknymi zdjęciami i informacjami praktycznymi.
W sezonie notujemy 80 tys. Użytkowników na dzień, poza sezonem około 10 tys. Na profilu facebookowym mamy blisko 50 000 obserwujących, na Instagramie 4 300, a nasz kanał YouTube subskrybowało ponad 1 400 osób.
Jeżeli chcesz nas wesprzeć to możesz zamówić nocleg przez Booking.com - ciebie to nic dodatkowo nie kosztuje, a my dostaniemy drobną prowizję. Dziękujemy!
Copyright 2005-2022